20 marca 2016

This is the end....

Odpowiednia piosenka do słuchania podczas czytania tego tekstu -> klik!

W pewnym domu, w pokoju od ulicy, usiadła przy biurku dziewczyna.
Powoli wyjęła laptopa i włączyła go, myślami będąc zupełnie gdzie indziej.
To już koniec.
Otworzyła edytor tekstu i spojrzała na białą kartkę.
Nie miała pojęcia co napisać.
Komu dziękować.
Jak zakończyć jej roczne dzieło.
Bo dokładnie rok temu siedziała przy tym samym biurku. I zaczęła to, co teraz próbuje skończyć.
Kotłuje się w niej wiele emocji.
Trochę smutku.
Trochę radości.
Trochę wszystkiego.
Jak napisać to, co myśli?
Odgarnia z twarzy przydługie włosy, po czym chowa twarz w zimne dłonie, próbując dodać sobie otuchy.
„To przecież tylko durne opowiadanie!” – krzyczy mózg. „Masz jeszcze drugie, wystarczy, że napiszesz, iż tam mogą cię jeszcze znaleźć!”.
Serce próbuje mu wytłumaczyć, że pierwszego tekstu nie da się ot tak zakończyć.
Że wysiłku, jaki się włożyło w jego powstanie, nigdy się nie zapomni.
Dziewczyna rozprostowuje palce i zaczyna pisać…


Cóż.
Wszystko zaczęło się od moich pytań, zaczynających się na „A co jeśli…?”. Potem w mojej głowie powstała sylwetka małej, zielonookiej istotki. Następnie… klawiatura i palce, stykające się najpierw w wolnym, potem w szybkim tempie. I w mojej głowie powstał świat.
Od początku wiedziałam, że Ewea zginie. To był jedyny stały punkt moich rozmyślań. Ale ta historia mogła się potoczyć zupełnie inaczej. Mimo to mam nadzieję, że taki koniec was usatysfakcjonował.
Wiem, że ten blog nie jest idealny. Te teksty nie są dobre i ja sama to widzę. Nie miał być dobry. Miał być taki, jaki jest.
Wszystko co tu się znajduje traktowałam z początku jak ćwiczenie do bycia najlepszą autorką świata. Sami widzicie, jak wiele mi jeszcze brakuje. Ale jestem jeszcze strasznym berbeciem, jak by stwierdziło większość z was, więc mam czas. Albo nie – czasu zwykle nie mam, ale pomysłów w brud i może kiedyś ujrzycie na empikowej wystawie książkę młodej, początkującej autorki z wyjątkowo niezrozumiałą okładką…
Nieważne.
I tak w końcu okazało się, że strasznie się przywiązałam do tej opowieści i piszę ją tylko dla przyjemności.
A teraz czas na podziękowania!
(Pozwólcie, że napiszę od myślników, by się nie pogubić w tym wszystkim.)
- Zacznijmy od PaKi. Pierwszej osoby, która skomentowała to opowiadanie. I mimo, że później porzuciła to opowiadanie, to teraz wróciła i jestem pewna, że prędzej czy później to przeczyta :D. Dziękuję za twojego bloga, bo był dla mnie inspiracją. Co z tego, ze teraz jest zawieszony? Byłaś moją mentorką, nie wiem, czy pamiętasz. Dziękuję!
- Drugą osobą jest Laciata. Co do ciebie – wątpię, byś to czytała. Ale to nieważne. Twój blog zawsze pozostanie pierwszym, jaki przeczytałam, a ty zawsze pozostaniesz osobą, która mnie namówiła do założenia tego czegoś.
- Kolejna jest Mrs. Pirate. Dzięki za wszystko, a przede wszystkim za komentarze, które pomogły mi w byciu lepszą pisarką!
- Dziękuję Łowczyni Artemidy, za rozmowy na twoim blogu i tenże cudowny blog. Polubiłam cię i żałuję, że znikłaś… daj znać, jakbyś nadal żyła.
- Dziękuję Dor Ce, za… sama nie wiem za co. Za podnoszące na duchu komentarze? Tak. To chyba to…
- Joannie Stańczyk, za komentarze. Za fakt, że gdy byłam pewna, że straciłam wszystkich czytelników, ty się pojawiałaś i motywowałaś mnie do działania.
- Niezgodnemu Kosogłosowi, który przewinął się przez parę postów i zniknął, ale jednak był, a czytelnicy zawsze pomagają sercom biednych autorek…
- Momori Rino, za… kurde, znowu dziękuję za komentarze, ale to przecież właśnie to! I za twojego bloga, na którego nadal od czasu do czasu wchodzę, by sprawdzić, czy nie wróciłaś…
- Lapidarnej (ha! Zapamiętałam, jak się odmienia!) za wszystko. Bo jak tu inaczej napisać banan na moich ustach po każdym komentarzu? No i te dyskusje na temat fabuły. Wiem, że nie wszystko było przemyślane….
- Adze (piszącej zawsze z anonimowego konta)! Cieszę się, że tu weszłaś. Fielga Trujdza łączy ludzi. Dziwi mnie to, że mnie nie porzuciłaś nadal… bo w porównaniu do tamtego bloga to mój jest taki raczej słaby. Ale zakończenie ci się spodobało, mam nadzieje :3. Od początku chciałaś, by Ewea zakończyła życie. No, ale mega ci dziękuję za wyczerpujące komentarze i za dawanie mi weny. I za… wszystko (definicja wyżej). Po prostu strasznie ci dziękuję!
- RosalieIris, która komentuje nadal. Dziękuję za… wszystko (:D). I za to twoje nieogarnięcie czasami…
- Poza tym jeszcze Moim Zdaniem, która też jest i jestem pewna, ze to czyta. Dziękuję kochana!
- Wszystkim moim 14 obserwatorom: Alicji Bilińskiej (Ala, dopiero się zorientowałam, że to obserwujesz XD), Gab rielli, Daughter of Hades, kotołaczce02, Kim Chcesz, Syl wii, Caireann Devin, Kamili Lipskiej (o boże, ty też?), Bad Angel i wszystkim tym, których wymieniłam powyżej!
- Calliste dziękuję za przepiękny szablon
- Pragnę podziękować również wszystkim znajomym, o których wiem, że to przeczytali, ale nie raczyli skomentować, jak również tym, którzy skomentowali XD. Kocham was.
- I wszystkim, którzy kiedykolwiek skomentowali (łącznie 353 komentarze!), ale ich pominęłam przez przypadek, jak również tym, co nigdy nie skomentowali, ale dzięki nim osiągnęłam (jak na razie) prawie 12 500 wyświetleń! Jestem z was dumna i dziękuję!
Jak kiedyś napiszę książkę, to poinformuję was tutaj i wówczas poznacie moją tożsamość. Na razie pozostanie Anonimowa XD.
Poza tym możecie mnie również spotkać na moim drugim blogu – Wielkiej Czwórce Przyjaciół Hogwartu. Tematyka harro-potterowska, Nowe pokolenie. Wszystkich fanów tej książki serdecznie zapraszam, bo może wam się spodobać. Jest pisane w dość zabawnym klimacie – odrodzenie Huncwotów, że tak powiem XD.



Dziewczyna ponownie chowa ręce w dłonie i powoli wciska „Opublikuj”.
Bo kiedyś musiała to zrobić.




Epilog

Tego dnia słońce prześwitywało pomiędzy liśćmi drzew siódemki.
Vin obudził się w przepięknie rzeźbionym łóżku w wiosce zwycięzców.
Tak, jego marzenie się spełniło.
Miał jednak sen.
Niewiarygodny sen.
Zerwał się do biegu.
Biegł, dopóki nie trafił na drugi koniec miasteczka.
Nie zważał na to, że wszyscy patrzą się na niego, jakby oszalał.
Usiadł na ławeczce przy moim grobie.
I patrzył się na martwy kamień.
Stałam tuż za nim.
- Wiem, że nie żyjesz… - powiedział powoli.
Nie musiał się spieszyć.
- Masz rację – odezwał się głos za jego plecami.
Do akcji wkroczyła moja mama.
- Ja… - chłopak nie wiedział co powiedzieć.
- Ty. – Moja mama uśmiechnęła się.
Nie był to uśmiech kobiety, którą opuściło dziecko.
Moja mama wiedziała.
- Miałem sen – rzekł rudzielec.
- Wiem – mama usiadła obok niego na ławce.
- Skąd pani wie?
- Ja też miałam.
Zapadła chwila ciszy.
- Ona wróci. – Vin przerwał milczenie.
- Oczywiście. Będzie kimś wielkim. Na przykład królewną.
Ja już jestem Królewną.
- Wiem.
- Och, jeszcze się zdziwisz.
Wszyscy się zdziwią – pomyślałam patrząc na tych dwoje. - Choć może nie oni.
- Ja… myślę, że to dopiero początek.
- Wszystko, co dla niektórych jest początkiem, dla innych jest końcem.
- A dla pani?
- Dla mnie to początek.
Ponownie zapadła cisza, przerywana jedynie szelestem wiatru w drzewach.
- Czasami mam wrażenie, że ją słyszę – powiedziała mama.
- Bo tak jest – odparłam.
Usiadłam na pobliskiej wierzbie płaczącej, której gałęzie opadały aż na mój grób.
- Teraz ja też – szepnął Vin, patrząc się na ruszające się bez przyczyny konary drzewa.
Pierwsza kostka domina już się przewróciła.
Niedługo pociągnie za sobą wiele innych.
Państwo Mason spodziewają się kolejnego dziecka.
W dalekim dystrykcie czwartym inne dziecko urodzi się za dwa lata.
A w dystrykcie dwunastym, przy akompaniamencie kilofów, właśnie całuje się pewna młoda para.
Kostki domina.
Wszyscy nimi jesteśmy.
Ja byłam po prostu tą pierwszą, choćby przez przypadek.
Poruszając delikatnie gałązkami zaczęłam śpiewać.
Mój głos, unoszony przez wiatr, docierał do milionów uszu.

Był sobie król,
Był sobie paź
I była też królewna.
Żyli wśród róż.
Nie znali burz.
Rzecz najzupełniej pewna.

Lecz straszny los,
Okrutna śmierć
W udziale im przypadła.
Króla zjadł pies,
Pazia zjadł kot,
Królewnę myszka zjadła.

Lecz żeby ci
Nie było żal,
Dziecino ma kochana.
Z cukru był król,
Z piernika paź,
Królewna z marcepanu.

Nie martw się już,
Choć zginęli
Ze śmiercią się pogodzili.
Gdy umarli
Nie płakał nikt.
Potem się odrodzili.

Jeżeli mi
Nie wierzysz znów,
Odpowiedź to wylewna:
Bogaczem król,
Aktorem paź,
najlepszą była królewna.

„Kim została?”,
Zapytasz się,
Lecz odpowiedź nie u mnie.
Może kiedyś
Ujrzysz ją, jak
Na bitwie stąpa dumnie.

„Przeciw komu
Bitwa ta jest?”
Spytasz się zatem pewnie.
Przeciw temu,
Co dzieciom mym
Walczyć każe na arenie.


Rozdział 30. Płomienie

Było zimno.
Bardzo zimno.
Czemu jest tak zimno?
I czemu mnie tak boli noga?
Gwałtownie otworzyłam oczy i ujrzałam niebo.
I gwiazdy.
Miliony gwiazd.
A pomiędzy nimi stróżka krwi, wypływająca spod pnia.
O boże.
On nie żyje.
Jeszcze przed chwilą było inaczej, a teraz…
Nie ma go.
Jest tylko kolosalne drzewo.
Zmiech.
Trzeba go zniszczyć.
Starając się nie ruszać szczególnie nogą zaczęłam zbierać najbliższe gałęzie, co nie było szczególnie trudne, biorąc pod uwagę fakt, że leżały wszędzie, jak okiem sięgnąć. Ułożyłam z nich zgrabny stosik i podpaliłam.
Poszło zdumiewająco łatwo. Czyżby te drzewa były aż tak suche?
Niech płoną.
Niech znikną.
Płomień wystrzelił w górę, a ja stałam jak sparaliżowana i patrzyłam w jego kierunku.
Było mi zimno i strasznie kręciło mi się w głowie.
Musiałam stracić dużo krwi.
Byłam pewna, że podczas naszej desperackiej ucieczki zginęło przynajmniej parę osób. Mało ludzi mogło być w tym czasie w wystarczającej odległości, by zobaczyć ogień. Dorzuciłam w takim razie kolejną ilość gałęzi do ognia.
By płonęły.
A razem z nimi ta arena.
By nic z niej nie zostało.
Bezwiednie zaczęłam śpiewać doskonale znaną mi piosenkę, bojąc się choć na chwilę zamknąć oczy.
Strużka krwi.

Był sobie król,
Był sobie paź
I była też królewna.
Żyli wśród róż.
Nie znali burz.
Rzecz najzupełniej pewna.

Lecz straszny los,
Okrutna śmierć
W udziale im przypadła.
Króla zjadł pies,
Pazia zjadł kot,
Królewnę myszka zjadła.

Lecz żeby ci
Nie było żal,
Dziecino ma kochana.
Z cukru był król,
Z piernika paź,
Królewna z marcepanu.

Nie martw się już,
Choć zginęli
Ze śmiercią się pogodzili.
Gdy umarli
Nie płakał nikt.
Potem się odrodzili.

Jeżeli mi
Nie wierzysz znów,
Odpowiedź to wylewna:
Bogaczem król,
Aktorem paź,
najlepszą była królewna.

„Kim została?”,
Zapytasz się,
Lecz odpowiedź nie u mnie.
Może kiedyś
Ujrzysz ją, jak
Na bitwie stąpa dumnie.

Zadrżałam.
Mimochodem dotknęłam czoła.
Było gorące.
A ja czułam się źle. Z pewnością nadprogramowe zwrotki to były majaki…
Zamarłam.
Dopiero teraz zorientowałam się, że nie zaśpiewałam tej piosenki w oryginalnej wersji.
Dodałam trzy nowe zwrotki, zupełnie nie wiedząc o tym. I z pewnością dodałabym jeszcze jedną, gdybym w porę nie przestała śpiewać.
Słyszałam ją w głowie.
Słyszałam te słowa…

„Przeciw komu
Bitwa ta jest?”
Spytasz się zatem pewnie.
Przeciw temu,
Co dzieciom mym
Walczyć każe na arenie.

Oparłam się plecami o przewrócony pień.
Patrzyłam się w gwiazdy.
I widziałam oczy.
Oczy ze snu.
Bolała mnie noga. Strasznie. Czułam, że straciłam za dużo krwi, więc mimowolnie położyłam się na liściach, które poodrywałam z użytych do ognia gałęzi. Były wygodne.
Starałam się na zwracać uwagi na to, że robi się potwornie zimno. Nie miałam jednak kurtki, więc było to trudne. Postarałam się być tak blisko ognia, jak to możliwe.
A on płonął.
Z minuty na minutę mój stan się pogarszał.
Nie musiałam tym razem dotykać czoła, by dowiedzieć się, że ma naprawdę wysoką temperaturę.
Miałam ochotę tylko spać.
Starałam się zamknąć oczy, jednak coś mi w tym przeszkadzało.
Gdy je zamykałam, widziałam stróżkę krwi.
I Jacoba.
Więc patrzyłam się w stronę ognia.
Nie był to jednak zwyczajny ogień.
Coś zaczynało się dziać wewnątrz niego.
Patrzyłam ze spokojem na pojawiającą się powoli w nim wizję. Czułam się tak źle, że nie wydało mi się to szczególnie dziwne.
Mogłam przecież już spać.

Chwilę potem zobaczyłam bibliotekę dziadka i Oriane, stojącą obok niego. Byli pogrążeni w rozmowie, a płomienie układały się idealnie w ich kolorowe sylwetki.
- I… ona może mieć takie zdolności jak ty, tak? – spytał dziadek.
- Już jest duża, a rytuał trzeba przeprowadzić w bardzo młodym wieku, więc może się nie udać. Ale tak, może mieć – odparła spokojnie Oriane.
- Niewiarygodne. Tak, zgadzam się.
- Mam się spytać jej matki?
- Nie… lepiej nie – powiedział spokojnie dziadek. – Ona może zechcieć, byś jej też przekazała cząstkę zdolności.
- Ja nic jej nie przekażę. Po prostu obudzę w niej to, co już ma.
Dziadek kiwnął głową, a wizja spłonęła.

Chwilę potem jednak powstała kolejna na jej miejsce.
Tym razem był to mój pokój.
Zobaczyłam siebie, leżącą w łóżku. Spałam, a nade mną pochylała się kobieta w czarnych szatach.
Oriane.
Mamrotała coś cicho. Jej głos był spokojny i pełen napięcia.
Oraz podekscytowania.
W tym momencie drzwi się otworzyły, a do pokoju wpadło światło. Kobieta wyskoczyła natychmiast przez balkon.

Po chwili znów widziałam bibliotekę dziadka.
- Drzemie w niej wielka moc – powiedziała Oriane. – Zbyt wielka. Gdyby ją całą obudzić, dziewczyna umarłaby na miejscu.
- Mówiłaś, że ci się udało… - powiedział dziadek z niedowierzaniem.
- Cząsteczkę –uściśliła Oriane. – Malutki kawałek. Planowałam więcej, ale ktoś mi przerwał…
Wizja spłonęła, jak wszystkie pozostałe.

Rozejrzałam się dookoła, sprawdzając, czy nikt nie idzie. Nadal było ciemno.
I te gwiazdy.
Ja znam te gwiazdy.
I ogień.

Tym razem pracowałam w lesie…

Odwróciłam wzrok.
Pamiętałam ten dzień.
To drzewo zwaliło się cudem nie na mnie, ale na tamtego faceta.
I strużka krwi.
Tak podobna.
I ogień.

Tym razem były to igrzyska.
Spałam.
Była to pierwsza noc.
Widziałam, jak szamocę się w łóżku, a nade mną stała Oriane i się uśmiechała. Nie był to wredny uśmiech, raczej uśmiech pełen radości.
- Wiedziałam – szepnęła, podchodząc do szafki, w której ukryłam Złotomyślnik. – Gdyby tylko Davon mógł to zobaczyć… - jej głos nagle stał się smutny. – Czemu akurat teraz jej dar zaczął się objawiać? Gdyby tylko…
Otworzyła notes i szybko napisała tam coś długopisem.
Ile bym dała, by to teraz zobaczyć.
Gdy wizja zaczęła się zmieniać, odwróciłam wzrok od płomieni.

Ja nie śniłam. Naprawdę widziałam to wszystko w płomieniach.
Położyłam głowę, bo nie mogłam już utrzymać jej w pionie.
Objęłam nogi rękoma.
Było zbyt zimno, by to mogła być prawda.
I zbyt ciepło, bym była całkowicie przytomna.

Ruch w płomieniach ponownie przykuł moją uwagę.
Ujrzałam dziewczynę. Tę samą, co pojawiła się w moim śnie, choć młodszą. Miała najwyżej trzynaście lat.
Choć nie widziałam jej twarzy, wiedziałam, że to ona.
Polowała. Towarzyszył jej chłopak, brunet.
Towarzyszył jej Jacob.
Kiedy wypuściła strzałę, zobaczyłam, jak przebija ona serce królika, hamując jego funkcjonowanie.
Królika dwa razy większego niż pozostałe.
- No, jedzenie na parę następnych dni – powiedziała z uśmiechem.
I odwróciła się.
Mimo brązowych oczu, wiedziałam, kto to był.
To byłam ja.


Nie mogłam nawet odskoczyć, bo nie byłam w stanie. Moje oczy kleiły się do siebie. Moja świadomość znów zdecydowała się na wyprawę balonem, choć dopiero przygotowywała ekwipunek.
Zamknęłam oczy.
Wiedziałam naprawdę zbyt wiele.
Olśniło mnie wtedy.
Jestem jasnowidzką.
Byłam na wpół przytomna, ale doskonale o tym wiedziałam.
Wiedziałam tez wiele innych rzeczy.
- To nie jest koniec - wykrztusiłam. - To dopiero początek.
Świadomość wybrała się na swoją ostatnią podróż balonem. Razem z nią odlatywała moja dusza.
Odlatywałam ja.
Patrzyłam się na swoje ciało na dole.
Byłam uśmiechnięta.
To dobrze.
Niech wiedzą, że śmierć jest moją przyjaciółką.
҉


13 marca 2016

Rozdział 29. Srebro też się czasem przydaje

- O cholera – wrzasnął Jacob, gdy na chwilę odwrócił głowę. – Już za nami!
Odwróciłam się i też miałam ochotę przekląć, znacznie gorzej niż chłopak.
Już widać było pierwszą linię przewracających się drzew.
Pamiętam, jak gdy w dystrykcie, gdy ścinaliśmy drzewa, jedno spadło na takiego jednego faceta. Zginął na miejscu, przygnieciony przez pień. Wówczas drzewo nie było szczególnie duże, ale te tutaj…
Po raz pierwszy odkąd byłam na arenie czułam taki strach, że w moich żyłach krążyła czysta adrenalina.
Biegliśmy dalej, tyle, że teraz nie za rękę. Każde dbało o siebie, choć nie mieliśmy ochoty oglądać śmierci siebie nawzajem.
Nie wiem, dlaczego, ale zaczęłam wyprzedzać chłopaka. Może dlatego, że byłam wyspana, może dlatego, że po prostu szybsza, ale straciłam go z oczu.
I zbyt bałam się spojrzeć za siebie, by nie ujrzeć krwi wypływającej spod grubego pnia.
I wtedy usłyszałam kolejny huk. Zbyt blisko mnie.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że jedna z koron o włos mnie nie musnęła. Natychmiast przystanęłam i rozejrzałam się wokół siebie.
I ujrzałam jego.
I drzewo.
Przechylające się dokładnie w stronę, w której on stał i dyszał.
A on nie widział drzewa, bo stał dokładnie tyłem do niego.
Miał jednak szansę uciec.
- JACOB!!! – wrzasnęłam, niewiele myśląc.
Miałam lekko schrypnięty głos i wprost niewiarygodnie piękny. Niski, ale dziewczęcy. Mocny, bardzo głośny.
Właśnie coś powiedziałam.
Umiałam mówić.
Wówczas jednak nie to było moim zmartwieniem, ale drzewa, spadające na mnie z każdej strony.
I Jacob.
Podniósł głowę.
Z dezorientacją spojrzał na walący się w jego kierunku pień.
Nie zdążył.
Grube cielsko rośliny przygniotło go do ziemi.
Stanęłam.
Moje serce przestało bić, a płuca oddychać.
Powoli, ale nieubłaganie, spod pnia wypłynęła strużka szkarłatnej krwi.
A ja usłyszałam przeszywający powietrze huk armaty.
Jacob nie żył.
W jednej chwili zniknął z tego świata, doświadczając bólu łamiących się wszystkich kości pod naporem drewna.
Umarł.
Nie ma go.
Stałam jak zamurowana, dopóki nie otrzeźwił mnie hałas i ból w nodze.
Upadłam.
Ból był tak straszny, że mnie zamroczyło. Mój umysł ledwie rejestrował jakiekolwiek fakty.
Był tylko ból.
Tak straszny, że nie byłam wstanie myśleć.
Gdy jednak zamknęłam oczy, widziałam tę stróżkę krwi.

҉

6 marca 2016

Rozdział 28. Drzewa

Stałam i z przerażeniem odliczałam sekundy.
Jeden.
Gdzie ta strzała?
Dwa.
Proszę, zabij mnie już.
Trzy.
Błagam.
Czter…
Usłyszałam świst.
Do widzenia, mamo i tato…
- Nie mogę! Kurde, nie mogę! – wrzasnął Jacob. – To nie jest w moim stylu, celować do odwróconej plecami osoby, która nawet nie prosi o życie! No nie wierzę…! Miałem cię zabić!!!
Odwróciłam się powoli do niego. U moich stóp stała wbita w ziemię strzała, a chłopak wrzeszczał na siebie kopiąc swój łuk.
- Nie po to uczyłem się tych pierniczonych sposobów zabijania, by teraz jakaś głupia dziewucha z siódemki zmiękczyła moje serce! Muszę wrócić do domu, a nawet nie mogę sobie w tym pomóc! Jestem beznadziejny!
Przy ostatnich słowach chłopak usiadł na ziemi i schował twarz w dłonie.
- Dobra. Łap za nóż i poderżnij mi to głupie gardło, bo najwyraźniej nie zasługuję na życie, skoro nie potrafię go sobie wywalczyć. Super.
Podniósł głowę.
- Co tak stoisz? Ruszaj się. Chcę to mieć za sobą.
Stałam nieruchomo, nie wiedząc co zrobić.
Po raz kolejny żyłam, choć nie powinnam. Przede mną siedział bezbronny trybut, który przed chwilą chciał mnie zabić. Nie wiedziałam, jak to możliwe, ale wszyscy mieli opory przed zabiciem mnie.
Miałam ochotę powiedzieć proste „nie”, ale nawet to nie chciało przejść przez moje gardło.
Jak każde wcześniejsze słowo.
Podeszłam do plecaka i zaczęłam w nim grzebać, podczas gdy chłopak przyglądał mi się z rezygnacją.
Jakby nie chciał żyć.
Idiota.
Wyjęłam blok rysunkowy, a jago twarz zaczęła wyrażać zdziwienie.
Nie.
Spojrzał się na mnie z niedowierzaniem.
- Jak to „nie”? Nie chcesz mnie zabić? Wszyscy marzą tylko o wygranej, a jeżeli ty też, to musisz kogoś zabić, geniuszu. Więc masz tu odsłoniętego trybuta, który jest zbyt słaby, by zabić kogokolwiek.
Ja pierniczę. Jego obecność zaczęła mi działać na nerwy. Nie po to próbowałam ratować życie każdego, kogo napotkałam, aby teraz jakiś koleś chciał się zabić. Albo raczej chciał, bym go zabiła.
Ponownie zaczęłam pisać na kartce.
Mogę ci oddać moje zwycięstwo, idioto. A teraz bądź tak miły i przestań się nad sobą użalać, bo się zabiję i będziesz miał problem z głowy.
- Eee… dzięki… Czyli, że nie chcesz mnie zabić, tak?
Kiwnęłam głową.
- Sytuacja patowa – westchnął. – Bo ja też nie mam zamiaru cię zabijać.
Opuścił głowę. Po raz kolejny usłyszałam westchnienie rezygnacji. Jeszcze raz tak westchnie, a może zmienię zdanie co do chęci zabicia go.
- Dobra… - powiedział po chwili. – To… chyba musimy się rozdzielić, co?
Wstał i otrzepał się z trawy. Obrzucił wzrokiem otoczenie i kolejny raz westchnął. Zdałam sobie sprawę, że nie rozmawiałam z nim od dożynek (nie to, bym gadała z kimkolwiek, ale jednak nie widzieliśmy się prawie w ogóle), poza podróżą windą na dach, kiedy ścisnęłam jego rękę.
Spojrzał na mnie, a ja usiadłam opierając się o drzewo plecami. Machnęłam ręką. Niech idzie.
- W sensie… - odwrócił się twarzą do mnie. – Muszę już iść.
Rzuciłam mu spojrzenie w stylu „Po jaką cholerę?”. Musiałam przyznać, że dawno nie widziałam żadnego człowieka, on pewnie też.
Popatrzył się na mnie i wzruszył ramionami. Odwrócił się ponownie, ale nie uszedł kilka kroków, kiedy znowu się zatrzymał.
- Kurde, nie chce mi się nigdzie iść. – mruknął, po czym ponownie ujrzałam jego twarz (tak na marginesie bardzo ładną twarz). – Ty jesteś Ewea, nie?
Kiwnęłam głową, a on usiadł przy najbliższym mnie drzewie, również się opierając.
- Jak tam igrzyska z twojej perspektywy? – zagadnął zainteresowany. Wyciągnęłam długopis i spróbowałam mu w miarę czytelnie wyjaśnić moje położenie. Kiedy przeczytał to wszystko, co jakiś czas pytając się, jakie to słowo albo „Serio?”.
Gdy skończył spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Wow. Dużo się u ciebie działo. Raz prawie się zderzyłem z zawodowcami. Na szczęście w porę wlazłem na drzewo. Na moich oczach zamordowali jedną z nich, wiesz? Tę brunetkę. Poza tym łażę po tym lesie od początku i bałem się, że zaraz umrę z nudów.
Odgarnął włosy z czoła, tym specyficznym dla facetów gestem.
Eona nie żyła.
- Wiesz, normalnie bałem się, że arena będzie taka straszna i pełna zasadzek i tego tam, ale tak naprawdę to… nic się nie dzieje.
- „Nie kracz, bo się zadzieje i oboje będziemy mieć przerąbane” – napisałam.
- Masz rację – powiedział. – Sorry, ja wcale tak nie myślę, pomyliłem się! – wrzasnął w kierunku chmur i wyszczerzył się do mnie.
Powiedzcie, jakim to trzeba być idiotą, by wrzeszczeć w środku głodowych igrzysk?
Nie wiem, ale też bym chciała móc tak krzyknąć, raz, a porządnie.
- Kurde, sorry – powiedział, najwyraźniej czytając mi w myślach. – Wiem, że nie powinienem się tak wydzierać, ale… Wiesz, jak od tygodnia nie miałem z kim pogadać, to fajnie móc przynajmniej udawać, że… - umilkł, nie pewny, jak dokończyć. Najwyraźniej pomyślał, że mógłby mnie urazić, mówiąc coś o tym, że ze mną i tak jakoś szczególnie nie porozmawia.
- Dobra, sorry, że nie mogę powiedzieć nic jakoś szczególnie elokwentnego, ale od niedawna prowadziłem wyłącznie monologi wewnętrzne, i próba znalezienia słów jest dla mnie… trudna. Nawet jeżeli ty nie masz takiego problemu, to chyba rozumiesz nie?
Kiwnęłam głową uśmiechnięta.
- To fajnie. – też się uśmiechnął. Każdemu tego czasem brakuje. – Masz może coś do jedzenia albo do picia?
Podobało mi się to, że starał się ze mną rozmawiać normalnie. Doskonale wiedziałam, że jednostronna rozmowa może być frustrująca. Dodatkowo fajne było to, że nie pytał się zbyt dużo o igrzyska – aktualnie mogłabym przysiąc, że jestem na wycieczce w lesie, a nie na arenie.
Wyciągnęłam się po plecak, który leżał na szczęście jeszcze w zasięgu mojej ręki i napisałam na kartce, że mam wodę. Chłopak ucieszył się i przyznał, że od dawna nic nie pił, ale że może mi dać trochę mięsa, gdyż nie dalej niż dzień temu upolował królika.
Zdziwiło mnie to, bo ja sama nie widziałam do tej pory zwierząt.
- Był niesamowicie duży, wiesz? Dwa razy większy od zwykłych. Przez chwilę bałem się, że w związku z tym może być nie dobry, ale byłem zbyt głodny, by o tym pomyśleć. To jak, handel, co?
Ponownie kiwnęłam głową i nalałam do miski wodę dla niego. Wystarczająco dużo, by zgasić jego pragnienie.
- Super – rzekł w przerwie pomiędzy łyknięciami. Cieszyło mnie to, że pił uważnie, a nie żłopał jakby świat się kończył. Wiedziałam, że wolne picie znacznie lepiej gasi pragnienie od szybkiego.
Ja tymczasem jadłam jego królika. Muszę przyznać, że był dobrze zrobiony. Nie był spalony ani surowy, dodatkowo chłopak użył chyba jakiś przypraw.
Gdy skończyłam, byłam po raz pierwszy od dawna naprawdę najedzona. Nalałam chłopakowi jeszcze trochę napoju, a on ponownie zaczął mówić. Zdjęłam kurtkę, bo było mi gorąco. Najwyraźniej wszystkim doskwierał brak towarzysza. Wcześniej nie rozumiałam, po co tworzy się sojusze, ale teraz rozumiałam.
By mieć partnera, jakąś inną żywą duszę wokół siebie.
Nie miałam sojuszu z Jacobem. Po prostu mieliśmy zamiar spędzić ze sobą kilka godzin. Żadne z nas nie powiedziało tego na głos, ale oboje wiedzieliśmy, że prędzej czy później rozejdziemy się, każde w swoją stronę.
A on mówił o różnych rzeczach.
Mówił o swoim bracie, opowiadając o jego igrzyskach. Mówił o swoim dystrykcie.  Mówił o swojej dziewczynie.
O wszystkim.
A ja słuchałam.
Bo po raz pierwszy zrozumiałam jedną rzecz.
Słowa mnie uspokajały.
Dlatego lubiłam, jak mam opowiadała mi historie, jak śpiewała na dobranoc. Dlatego lubiłam, jak tata, pocieszając mnie, mówił, opowiadał. Dlatego lubiłam słuchać jak dziadek czyta…
Nagle przypomniał mi się mój sen.
Jacob mówił dalej, tym razem wspominając o tym, że w plecaku, który zdobył pod rogiem znalazł pędzle.
A ja rozejrzałam się uważnie, bo coś obudziło moją czujność.
I nagle, przedzierając się przez gąszcz ciszy wokół nas, usłyszeliśmy niewiarygodnie głośny huk.
Tym razem dużo głośniejszy, niż wszystko do tej pory.
- Co się dzieje? – spytał z przerażeniem Jacob, podrywając się na równe nogi.
„Nie wiem” – miałam ochotę opowiedzieć.
Huk zaczął się powtarzać. Z każdą chwilą jakby przybliżał się do nas.
A ja rozpoznałam go.
Natychmiast zerwałam się do biegu, łapiąc po drodze Jacoba za rękę, który momentalnie zrozumiał, o co mi chodzi.
Rozpoczął się wyścig o życie.
Bo arena postanowiła zmienić swój wygląd.
Drzewa się waliły, jedno po drugim.

҉